Refleksje hipokryty

oryginalny tytuł: Wolność v Uzależnienie

Minęły lata…od ostatniego wpisu. Minął czas, kiedy to wydarzyło się tak wiele.. głównie dobrego.

To zapewne nie przypadek ( bo nie jestem do nich przekonana), że tu ponownie trafiłam, a jestem tu tylko dlatego, że jestem „uwięziona” w domu z powodu wirusa i staram się odpocząć i nie pracować.

Jakie to trudne: nie móc pracować, aby odpocząć fizycznie, umysłowo i emocjonalnie.
Wykorzystuję więc czas na dobrą lekturę ( dokończenie rozpoczętych rozdziałów książek), na dobrą muzykę, czy po prostu… sen.

Jest też tak, że jeśli mam więcej wolnego czasu niż przeciętnie, to dopadają mnie różne refleksje, wnioski, przemyślenia.
Doświadczam ostatnio skutków ery Internetu, już nie mobilności, a reaktywnej komunikacji. I o tym dziś będzie parę słów.
Pamiętam czasy, kiedy aby móc umówić się ze znajomymi dzwoniło się na telefon stacjonarny, a w rzeczywistości podczas osobistych spotkań, umawiano się na kolejne spotkanie.
Pamiętam też czasy, kiedy móc podzielić się z kimś swoimi przemyśleniami wysyłano do siebie listy, pisano pamiętniki…używano do tego papieru i długopisu.

Dziś mając do wyboru zdobycze technologi, wybór pada na social media, email, sms, twitter …smarty, ipady, pady, i innego typu narzędzia.
Dziś aby móc się dowiedzieć co słychać u znajomych „śledzi” się ich wpisy na blogach, e-tablicach…

Bez emocji, bez rozmowy, bez pytań… po prostu zdania oznajmujące, komentarze potwierdzające…

Jestem wolnym człowiekiem! Mogę się zgodzić na poddanie się tej modzie…a może raczej normalności, albo mogę się nie zgodzić!
Jednym z moich wyborów było podzielenie się ze znajomymi stanowiskiem, iż utworzenie wydarzenia na e-tablicy o zbliżającej się imprezie nie jest dla mnie oczywiste.
Potrzebuję interakcji, rozmowy, pytań…

Doszło do tego, że o życiu najbliższych dowiaduję się z ..Internetu ( bez względu na formę wpisów).

To moje refleksje dopadły mnie i uświadomiły mi, że nie chcę tak żyć! Nie zgadzam się na to.
To żadna sztuka napisać, że się było tu i tu, że się zrobiło to i to, nie mając przed sobą drugiego człowieka z którym można porozmawiać, podyskutować.

Refleksje hipokryty…tak, to właściwy tytuł, bo bez względu na to czy się zgadzam na tę formę komunikacji, to mimo wszystko tu jestem, piszę maile, piszę smsy, czytam social media.
Jeśli nie czytam, to nic nie wiem o ludziach mi bliskich, jestem po prostu „do tyłu”.

Gdzie jest zatem granica? Dlaczego ten wpis jest tu, a nie w papierowym pamiętniku? Czy to oznacza, że potrzebuję akceptacji? Czy mam potrzebę przekonania, że ktoś to przeczyta, podczas gdy prywatny pamiętnik będzie tylko dla mnie?

Na koniec trudny wniosek: kiedyś ograniczeniem wolności było wypowiadanie swojego zdania. Nie oceniano nikogo, niczego…po prostu nie wolno było wyrażać swojego zdania na żaden temat dotyczący wolności myślenia.

Dziś mamy takie nieograniczone możliwości wyrażania swojej opinii, a boimy się tego. Dlaczego? Czyżby z powodu obawy przed utratą akceptacji? A może dlatego, że jak owieczki idące na rzeź, zgadzamy się z większością?

Nie boję się dziś tego napisać – że chwilami zachowuję się jak tchórz, który boi się zapytać: „Ale dlaczego?”, „Nie wiem – porozmawiajmy o tym?”

W głowach wielu czytających pojawi się pytanie: ” No i? Co w związku z tym? Skoro nie chcesz, to nie pisz i tyle”

I cały ten wpis jest hipokryzją…bo podświadomie będę sprawdzać email, czy dostałam komentarz.

Reklamy

Hultaj i awanturnik – Diabeł Łańcucki

Do napisania dzisiejszego wpisu, nazwijmy to, reportażu zainspirował mnie dzisiejszy program w TV Rzeszów, którego tematem były podkarpackie kompleksy ogrodnicze.

„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – dziś to powiedzenie znów wydaje się prawdziwe, bo będąc mieszkanką Podkarpacia, nie wiedziałam, że jest tyle pięknym kompleksów parkowo – ogrodniczych.

Krasiczyn, Bolestraszyce, Dubiecko, Baranów Sandomierski, Medyka, Zarzecze, Sieniawa i największy Zamek w Łańcucie.

„Wszystkie one, posiadają nie tylko walory historyczne, ale przede wszystkim mają swoją duszę” – wspomniała w programie Grażyna Stojak, podkarpacki konserwator zabytków.

Niedziela, poranek, i szybka decyzja na zachłyśnięcie się tą „duszą” w najbliższym mojego miejsca zamieszkania parku, w Łańcucie.

Jednakże kształt tego wpisu nagle się zmienia, bo czy jest sens przepisywać historię zamku z oficjalnej jego strony, czy z Wikipedi? :)

Spacerując  po Łańcuckim parku, w ogrodzie różanym, w ogrodzie włoskim, wzdłuż stawu, aleją lipową – nie byłabym sobą, jeśli nie wyobrażałabym sobie dawnych czasu kiedy, to tymi alejami przechadzali się magnaci, piękne damy zatroskane miłostkami, czy zdradami swych ukochanych. Zdałam sobie wtedy  sprawę, że to miejsce było świadkiem wielu wydarzeń, gościło wielkie znakomitości. Tak! zdecydowanie ma duszę – potwierdzam słowa Pani Grażyny.

Ale może powinnam o Łańcucie napisać niesztampowo (?)

Jedna z ciekawostek, to, to iż w Łańcucie kręcono sceny do filmu m.in. Trędowata. Jednakże ze względu na duże zniszczenia powozów ( przypomnę, że Zamek posiada piękne Stajnie i Wozownię, w  której podziwiać możemy szeroką kolekcje wozów po rodzie Potockich), zakazano kręcenia dalszych scen do filmu.

Kadr z filmu „Trędowata” w reżyserii Jerzego Hoffmana – wjazd na dziedziniec główny.


Źródło: YouTube

Natomiast najbardziej zasłużoną postacią odnośnie wspomnianych ogrodów podkarpackich, jest Izabella z Czartoryskich Potocka żyjąca w XVIII wieku, dzięki której wiele elementów parku zachowało się do dziś.

Np. Wspomniany Ogród Włoski


To dzięki tradycji zapoczątkowanej przez księżnę Lubomirską, do dziś na Zamku w Łańcucie odbywają się Festiwale Muzyki poważnej, znane w całym kraju.

Ale najbardziej intrygują mnie historie, te mniej chlubne, mniej patosowe ;)

Dawno, dawno temu, w XVII wieku, jednym z właścicieli łańcuckich był nijaki Stanisław Stadnicki, zwany „Diabłem Łańcuckim”.

I dodać trzeba przy tym, że pan z Łańcuta, największy chyba hultaj i warchoł dawnej Rzeczypospolitej, pozował na prawdziwego diabła, a w jego czynach znać wielki rozmach i fantazję. Gdy Stadnicki miał zagarnąć włości kogoś spośród szlachty, posyłał do niego wyzwania i odpowiedzi. Gdy chciał zajechać czyjś dwór, wypuszczał w jego wrota czarną strzałę, na widok której bledli nawet najwięksi rębajłowie i swawolnicy, a która była zapowiedzią, że w naznaczonym w ten sposób miejscu stanie wkrótce sam pan łańcucki. Stadnicki już za życia stał się legendą. W XVIII wieku powiadano o nim, że zaprzedał duszę czartu.” [1]

I tak wojował z panem w Leżajsku, Łukaszem Opalińskim , wykorzystując do tego Węgrów i Turków, których nabył walcząc przy boku Stefana Batorego. Napadał na pobliskie wsie, palił, grabił, mordował.

Posiadłości łańcuckie zaczęły upadać i były coraz bardziej zadłużone.

W ostateczności prywatna wojna z Łukaszem Opalińskim zakończyła się śmiercią pod Tarnawcem w 1610 roku.

„[…]piętno zbrodni i swawoli spoczęło na całej jego rodzinie. Wszyscy jego potomkowie, cała niemal łańcucka linia Stadnickich, począwszy od synów starego Diabła, a skończywszy na jego wnukach, zginęła pod toporem kata. Po śmierci bowiem pana łańcuckiego, najpierw jego synowie, a potem żona rozpoczęli walkę o spadek… Piętno zła odcisnęło się na losach tego rodu aż do końca jego dni…[…][2]

Z  powodu długów, 1628 roku, najmłodszy z synów Diabła, sprzedał posiadłość Stanisławowi Lubomirskiemu. Dzięki temu rodowi, Zamek Łańcucki obrósł w liczne fortece, które obroniły posiadłość przed  najazdami wroga.

Ale to już dalsze historie, które również kryją w sobie wiele ciekawostek :)

Źródła:

Historia Łańcuta – Wikipedia

Historia Zamku – oficjalna strona zamku

Diabeł Łańcucki – Onet.pl

Łukasz Opaliński – Tygodnik Powszechny 1860 r

http://zamki.res.pl


[1] Fragment książki Jacka Komudy, „Warchołowie i pijanice”.

[2] Jak wyżej

Dlaczego czytam prasę od końca?

Ostatnio zauważyłam, że kiedykolwiek zabieram się za czytania prasy ( codziennej, miesięczników, magazynów) zawsze czytam ją od końca. Chciałabym się podzielić refleksją na ten temat :)

Za każdym razem ( codziennie) gdy biorę prasę do ręki, to na pierwszych stronach czytam: „Wreszcie kasy będą u lekarzy  i adwokatów – ucierpią pacjencji”( Gazeta Codzienna Nowiny, 27 lipca 2010), albo artykuły typu „ojciec zgwałcić córkę” i temu podobne negatywne komunikaty. Ja rozumiem, że sensacja i afery sprzedają się najlepiej, ale widzę tu pewien paradoks.

Przez takie podejście do tematu, karmi się nas, i każdy sam siebie karmi, negatywnymi wiadomościami, co wywołuje jeszcze większe niezadowolenie społeczeństwa i frustrację.

To nie tylko prasa. Wystarczy posłuchać rozmowy chociażby dwóch znajomych. Na pytanie co słychać, nie przesadzę, jeśli powiem, że prawie zawsze słyszę: a daj spokój! Szkoda gadać!

Czy aby na pewno jest tak źle, jak to kreują media i przez to my sami?

Jakież zdziwienie wywołują u moich klientów i znajomych moje odpowiedzi:

” Jest ok. Na urlopie nauczyłam się robić pierogi, zwiedziłam Kraków, Szczawnicę, odnalazłam informacje o moim pradziadku z Kanady, odwiedziłam rodzinę,  spałam ile chciałam, po prostu się byczyłam”

A niestety relacje ludzi powracających z urlopu, to: ” Już zapomniałem co to urlop, znowu praca ”

Dlatego czytam prasę od końca, ponieważ znajduję tam artykuły które nastrajają mnie pozytywnie na początku dnia. Może wywiad z ciekawą osobą? Np. z Zofią Czerwińską – wersja online Kojarzyłam ją tylko z Czterdziestolatka, a okazuje się, że ma nietuzinkową osobowość i w jej obecnym  wieku też chciałabym mieć jeszcze taką pasję do życia.

Albo kwestia polityki: czy nie można na pierwszej stornie umieścić artykułu o tym co się wydarzyło pozytywnego w mieście, regionie ?

Przecież jeśli będziemy wpajać ludziom, że jest tylko źle, to w życiu nigdy nie będziemy z niczego zadowoleni i ciągle będziemy mieć studnię bez dna z roszczeniami wobec innych. Apel do dziennikarzy/redakcji. Odwagi w zmianie komunikacji właściwych informacji.

Na szczęście każdy z nas jest wolny i sam decyduje co chce czytać – ja jestem stałą klientką pozytywnych komunikatów :) Oczywiście pomijają strony z plotkami o gwiazdach ;)

Dlaczego chcę zagrać w Assassin’s Creed II?

Wenecja, rok 1756. Wieczorem, w opustoszałym teatrze San Luca, ma miejsce makabryczna zbrodnia. Doża Francesco Loredan, za namową swojego doradcy, zwalnia z więzienia niejakiego Pietra Viravoltę, przyjaciela Casanovy – rozpustnego awanturnika, mistrza szpady, w przeszłości zasłużonego szpiega Republiki. Ma on poprowadzić dyskretne śledztwo – tak, by nie zaszkodziło reputacji i interesom państwa. Tymczasem mnożą się bestialskie zbrodnie. Wkrótce staje się jasne, że dokonywane są wedle schematu Boskiej Komedii Dantego i odpowiadają opisom z kolejnych kręgów Piekła. Ich finałem ma być pojawienie się samego Diabła…” – Arnaud Delalande Pułapka Dantego.

Gdy kupowałam tę książkę 2 lata temu, miałam nadzieję, że po przeczytaniu jej, będę mogła dostrzec ten klimat Wenecji, który dany mi był odczuć zwiedzając to tajemnicze miasto pół roku wcześniej. Nie zawiodłam się! Czytałam jednym tchem, przenosząc się w czasie do XVIII wiecznej Wenecji.

Będąc miłośniczką poznawania historii, zawsze pragnę, aby być jej „uczestnikiem”.  Po części udało mi się to, grając kilka lat temu w Call of Duty. Nigdy potem nie natrafiłam na nic ( bo nie szukałam :) ), co pozwoliło by mi znów poczuć się jak świadek historii, aż… do wczoraj.

Więcej na moim alternatywnym blogu: Gram.pl

W kierunku Grunwaldu :)

Mąż na delegacji…

Pierwszy kochanek zajmuje się samotną żoną. Ktoś nagle puka! Pierwszy kochanek chowa się w szafie. Żona otwiera drzwi – drugi kochanek…

Drugi kochanek zajmuję się żoną. Ktoś nagle puka do drzwi! Drugi kochanek kryje się w łazience. Żona otwiera drzwi – trzeci kochanek …

Trzeci kochanek zajmuje się żoną. Ktoś znowu puka do drzwi! Mąż! Trzeci kochanek schował się w zbroi stojącej w rogu pokoju.

Mąż mówi: Zapomniałem kilku rzeczy. Wchodzi do łazienki, ku jego zdumieniu wychodzi nagi mężczyzna i żąda 100 zł za naprawę cieknącego kranu. Oszołomiony mąż płaci.

Zagląda do szafy. Wychodzi z niej nagi mężczyzna i mówi: wszystkie mole zostały wytrute. Należy się 100 zł. Mąż ponownie płaci.

Podchodzi do zbroi, która ewidentnie znajduje się w innym miejscu i słyszy:

– Panie, którędy na Grunwald?!